rceni, zdyszani Sue i Jeff wrócili do stolika. .

Cechy osobowościowe. - Ach, to dlatego był zepsuty? - ucieszyła się nie wiadomo czemu Alicja. - Opamiętaj się. Nie dziurkacz był zepsuty, tylko zszywacz i to na długo przed tym niestosownym użyciem. - Tak? Możliwe. To mi się widocznie pomyliło. Ale to odwraca moje pojęcia, do tej pory myślałam, że mordercą musiał być silny facet, natomiast w świetle dziurkacza dopuszczam nawet subtelną kobietę. - No teraz sprawdzajmy alibi. Masz spisane godziny? Alicja wyciągnęła z kieszeni kilka drobno zapisanych kartek. - Tak, tutaj. Nie, czekaj, tu jest spis bielizny, którą oddałam do prania. To też nie, tu mam zestawienie dłużników i wierzycieli... Może to? Zaraz... Oddać pończochy do łapania, wymienić żarówki... Nie, nie to. Gdzie ja to mam? - Może po drugiej stronie? - spytałam zrezygnowana.. Lubię wieczory autorskie - oczywiście własne. Zetknięcie się oko w oko z czytelnikami, oprócz nie podlegającego dyskusji obustronnego pożytku, daje mnóstwo emocji. I to emocji niemal... cyrkowych. Taki autor, zjawiwszy się na estradzie przed wypełnioną widownią, czuje się trochę jak pogromca, wchodzący do klatki pełnej lwów, tygrysów i innych panter. A nawet jeszcze gorzej. Pogromca zna swoje zwierzaki, ma przy tym głośno strzelający bicz i parę rewolwerów, a autor wystrzelić może co najwyżej tak zwaną racą dowcipów lub błyskotliwych powiedzonek. Ale wystrzał nie zawsze się udaje, często bywają niewypały. Toteż podczas pierwszych wieczorów autorskich zasycha pisarzowi w gardle, chce mu się ziewać, chrząkać, burczy mu w brzuchu i robi się ciemno w oczach. Potem, kiedy już jest starym doświadczonym "pogromcą", zachowuje większy spokój, poskromi tylko czasem wzrokiem jakiegoś ziewającego "lwa" lub zbyt głośno rozwijającą karmelek "panterę". Ale na ogół na wieczory autorskie uczęszczają same zacne, wyrozumiałe bestie. Przyglądają się facetowi, słuchają go nawet, czasem zadają pytania, rzadko kiedy wychodzą w połowie, nie gwiżdżą prawie nigdy, o rozszarpywaniu w kawały w ogóle nie słyszało się. Czasem tylko z żalem zwierzają się sobie, że autor nie wygląda tak, jak powinien. Przeważnie jest za mały lub za chudy. Wszyscy pisarze, recytatorzy płodów swego ducha, zgodnie twierdzą, że najmilsze wspomnienia wynieśli z wieczorów odbytych dla młodzieży szkolnej i w fabrykach. Jestem tego samego zdania, nie ma milszych słuchaczy jak robotnicy i młodzież. Chociaż raz w pewnym gimnazjum omal nie połknąłem wycelowanego we mnie papierowego gołębia. Ale że miał na sobie napisy; "pokój", "mir", "pace", nie wypadało o to wojować. Innym znów razem kierownik jednej ze szkół podstawowych w śródmieściu Warszawy zaprosił mnie do wzięcia udziału w akademii z okazji września - miesiąca odbudowy Warszawy. W ślicznej słonecznej świetlicy zebrała się cała szkoła. W pierwszych rzędach siedziały w kucki, po turecku, małe, zaledwie odrosłe od ziemi dzieciny z oczami jak chabry. Stropiło mnie to nieco - jak tu im czytać gwarowe felietony - nie znają dialektu przedmieść, tematy też nie zanadto przystępne, poza tym trafia się czasem w tekście jakaś "cholera" lub "owieczka za wieczną ondulację szarpana", po co dzieci tego uczyć. Nie wiedziałem, jak zacząć, co wybrać do czytania. Po namyśle zacząłem w ten mniej więcej sposób: - Drogie dzieci, nazywam się tak a tak, piszę takie nieduże powiastki z życia Warszawy, używam przy tym gwary, to jest takiej mowy, którą w śródmieściu rzadko się słyszy. Jedno lub drugie gwarowe słowo wpadnie wam czasem w ucho od starego dozorcy domu lub odezwie się w ten sposób pani maglarka. Jestem w prawdziwym kłopocie, co wam z mojej książeczki przeczytać - tu nerwowo zacząłem przewracać kartki. I nagle zaszło coś nieoczekiwanego. Zamrugały chabrowe oczęta, podniosły się w górę małe łapiny i dzieci wrzasnęły chórem: . - Bujaj się, Fela!. Wła¶cicielem.. Medytować. Siakti skoncentruje twój umysł w jednym miejscu, a. - Cezarze, daj już pokój tej biedaczce! No, weź jeszcze trochę słodyczy, to złagodzi twój kwaśny humor. Jesteś gotowy? Więc ruszajmy. Martini miał zupełną rację twierdząc, że zebranie będzie liczne i nudne. Literaci prowadzili uprzejmą konwersację, mając miny beznadziejnie znudzone, zaś ,nieokreślony tłum turystów i rosyjskich książąt" falował po pokojach tam i z powrotem, wypytując się o rozmaite znakomitości i siląc się na inteligentną rozmowę. Grassini przyjmował swych gości z wyszukaną uprzejmością, która przypominała jego starannie wyglansowane buty, dopiero na widok Gemmy błysk radości przemknął pojego twarzy. Właściwie nie lubił jej, a nawet trochę sieje obawiał w skrytości duszy; lecz z drugiej strony wiedział dobrze, że była wielką atrakcją jego salonu. Teraz, gdy doszedł już w swej karierze wysoko, był człowiekiem bogatym i znanym, za szczyt ambicji uważał zbieranie w swym domu najwyższej inteligencji liberalnej. Z przykrością uświadomił sobie, że mała, niczym się nie wyróżniająca, przesadnie wystrojona kobieta, którą nierozważnie poślubił w młodości, nie mogła płytką swą gadaniną i zwiędłymi wdziękami olśniewać w wielkim salonie literackim. Ilekroć więc udało mu się nakłonić Gemmę, by przybyła, pewny był, że przyjęcie wypadnie dobrze. Jej spokojny wdzięk udzielał się niejako wszystkim gościom, a sama jej obecność wystarczała do usunięcia wulgarności, która jak mu sięzdawało, ciążyła na całym jego domu. Signora Grassini przywitała Gemmę niezwykle serdecznie:.